Poznaj praskich rzemieślników

autorski projekt fotograficzny zrealizowaliśmy we współpracy z Moniką Redisz (Zorka Projekct).

Zakład szklarsko-ramiarski Stanisława i Danuty Pisarzewskich

przy ul. Brazylijskiej 16
opowiada p. Stanisław

Zakład mieści się przy Brazylijskiej od 50 lat, a prowadzimy go od prawie 40. Miałem 27 lat, jak zaczynałem tu pracować. Fachu nauczył mnie szwagier. Kończyłem technikum budowlane, ale jak wyszedłem z wojska, szwagier powiedział: „Chodź do mnie, dobrze zarobisz”.

U niego zaczynałem, a jak się trochę poduczyłem, to w 1979 roku tu, na Brazylijskiej, trafił się wolny zakład. Zostałem kierownikiem. To był wtedy zakład państwowy, ale w roku 90, jak tylko zaczęło się wszystko prywatyzować, przejąłem go na własność. Pracowało się na swoim - jak to się mówi - nie licząc godzin. Bywało, że i 12 i 14! Ale to dobry interes, można się było z tego utrzymać.

W latach 90. mafia nas tu straszyła! Przyszli kiedyś, chcieli haracz. Po wszystkich tak chodzili. Najpierw był strach. Ale potem poszliśmy pogadać z łobuziakami z sąsiedztwa - przecież znaliśmy się wszyscy. Co robić? - pytamy. Dzwońcie na policję - mówią. No to zadzwoniłem. Złapali jednego na gorącym uczynku, jak obok w barze haracz wymuszał. Nawet w sądzie zeznawałem. Od tamtej pory mamy spokój.

Fajna tu była na Brazylijskiej atmosfera. Pełno sklepów, człowiek wszędzie miał znajomych. Jak były kartki na jedzenie, to się przydawało! Teraz, z tych dawnych, została tylko pralnia. Wszystko się zmienia, tylko ja ciągle trwam.

Samo szklarstwo to takie dosyć monotonne zajęcie, ale przy ramkach ciekawa robota, bo człowiek zawsze na obrazki popatrzy, jak dobiera ramkę. Teraz trudniej się z tego utrzymać niż dawniej, ale klientów wciąż mam pełno. Nawet jak się wyprowadzą do innej dzielnicy, to jak potrzebują, przyjeżdżają do mnie, bo wiedzą, że ja zawsze dobrze zrobię.

Czytaj cały tekst

Zakład parasolniczy

przy ul. Skaryszewskiej 6
opowiada p. Barbara Szafrańska

Ani ja, ani moje siostry nie chciałyśmy pracować w tym zawodzie. To mama nas w to wrobiła (śmiech), która od 1980 roku jest właścicielką zakładu.
Cała moja rodzina to parasolnicy: mama, tata, obie siostry, starszy kuzyn mamy. Moja mama uczyła się zawodu właśnie u niego. Pochodziła z licznej rodziny - była najstarszą z dziewięciorga rodzeństwa, a dodatkowo babcia owdowiała i wyszła drugi raz za mąż za wdowca z sześciorgiem dzieci; mama wychowywała się więc w rodzinie z czternaściorgiem rodzeństwa. Jako najstarsza już w wieku 15 lat wyjechała do pracy do Warszawy.

Była bardzo przedsiębiorcza i pracowita. Dzisiaj można by ją nazwać bizneswoman. Własny zakład parasolniczy założyła w 1957 roku przy ul. Grochowskiej - tam, gdzie teraz jest urząd dzielnicy. Była już wdową z dwójką dzieci, kiedy poznała mojego tatę. Miała 42 lata, kiedy się urodziłam, a półtora roku później przyszła jeszcze na świat moja młodsza siostra. Ale dla mamy liczyła się głownie praca. Sprowadziła babcię ze wsi, żeby się nami opiekowała, a sama pracowała.

Nasz tata pracował jako ślusarz tokarz. Rano o 6 wychodził do pracy, a popołudniu jechał do mamy do zakładu i naprawiał parasole. Tata reperował, mama szyła; ja jestem od wszystkiego; nawet wolę naprawiać. Wieczorem wracali do domu, my z siostrą szłyśmy spać, a oni dalej pracowali. Mieli osobny pokój do pracy z wielkim stołem, na którym kroili materiały, pamiętam, jak obie z siostrą siedziałyśmy pod nim i bawiłyśmy się ścinkami. Mama szyła non stop; to było całe jej życie - jej pasja. W 1970 roku przeniosła się z pawilonu z Grochowskiej tutaj na Skaryszewską. Nie były to łatwe lata dla przedsiębiorców prywatnych, mama drżała, bo za byle co dostawała kary. Wstydziłam się w szkole przyznać, że jestem córką prywaciarzy, aby koleżanki nie pomyślały, że jesteśmy nie wiadomo jak bogaci. Jak każda inicjatywa prywatna, zakład przynosił zyski i rzeczywiście stać nas było na czekoladę i pomarańcze, ale wychowywane byłyśmy przez mamę bardzo skromnie.

Moja najstarsza siostra prowadziła już wtedy własny zakład parasolniczy przy Ząbkowskiej, a i nas mama od najmłodszych lat przygotowywała do zawodu. Mając 12 lat obszywałam już parasolki, jak miałam 15 - potrafiłam już także je reperować. O 20:00 w telewizji były filmy, zawsze oglądałam, szyjąc. Mama płaciła nam za to drobne sumy. Roboty było dużo, w Warszawie było wtedy ze 25 parasolników. Mama sprowadziła do nas swoją młodszą siostrę i młodsze kuzynki, żeby dla niej pracowały, a jednocześnie się kształciły.

Wcale nie zamierzałam się tak męczyć jak mama. Chciałam wracać o 16 z pracy i mieć spokój. Ale w 1980 roku mama odchodziła na emeryturę, a ja akurat kończyłam 18 lat. Jestem pewna, że to sobie wcześniej zaplanowała i specjalnie puściła mnie do pierwszej klasy rok wcześniej, jako sześciolatkę. Mając 17 lat, na szkolnym korytarzu, uczyłam się do egzaminu czeladniczego. Jako córka parasolników nie musiałam odbywać wcześniej stażu w zakładzie, mogłam przyjść na sam egzamin.

Kiedy go zdałam, mama przepisała zakład na mnie; miałam 18 lat i własną firmę. Przez pierwsze lata pracowaliśmy razem. Na początku nie byłam zachwycona, ale nie chciałam robić przykrości rodzicom. Mama była dla mnie dużym autorytetem, myślałam sobie, że skoro tak mówi, to chyba tak będzie dobrze.

Kilka lat potem moja najstarsza siostra z Ząbkowskiej wyjechała z Warszawy. Mama czuwała - szybko wkręciła tam najmłodszą siostrę i poszli z ojcem jej pomagać. Mama pracowała do samej śmierci, do 74. roku życia.

Teraz dziękuję mamie każdego dnia za to, co dla mnie zrobiła, bo kocham ten zawód. Moje córki mówią: „Mamo, jak Ty się męczysz, co za mordęga!” Ale dla mnie to sama radość. Teraz ja już jestem jak moja mama. Nie potrafię tak po prostu siedzieć, rozmawiać, zawsze mam w ręku jakąś parasolkę do obszycia. Cała rodzina taka jest. Sami z siebie się śmiejemy, że jesteśmy pracowici jak mróweczki. Jedna z moich córek wykazuje zainteresowanie, przychodzi tu do mnie, uczy się.

Chciałabym, żeby przejęła biznes, ale nic na siłę, nie będę jej zmuszać. Zwłaszcza, że odkąd zalały nas chińskie jednorazówki, nie ma tyle pracy co kiedyś i póki co radzę sobie sama. Prawie nikt już nie szyje nowych parasoli, więc nastawiona jestem głównie na naprawy. Chciałabym pracować tak długo, jak moja mama.

Czytaj cały tekst

Zakład naprawy maszyn do szycia

przy ulicy Targowej 67
opowiada p. Wojciech Madziar

Zakład mieści się w podwórku kamienicy od 58 lat. Sądząc po nazwisku jeden z moich przodków był Węgrem. Wiem, że moja rodzina przywędrowała tu z zaboru austriackiego w okresie Wiosny Ludów około 1848 roku. Zakład przejąłem po swoim ojcu. Trochę się zasiedziałem w tym… ślepym zaułku (śmiech).

Ale lubię to. Chociaż teraz to ja już - prawdę mówiąc - trochę unikam klientów! Bo proszę spojrzeć na tę stertę maszyn - to wszystko są maszyny zreperowane, ale nieodebrane! Dwa dni po oddaniu maszyny dzwoni taki delikwent i pyta: „Czy moja maszyna już gotowa?” Gotowa - mówię. „To ja jutro przyjadę” - mówi. Po roku dzwoni: „Wie Pan, przepraszam, ale musiałem do Anglii do pracy pojechać. Czy moja maszyna gotowa?” I tak da capo al fine - od początku to samo.

Czy to upadający zawód? I tak i nie. Jeszcze 15 lat temu w tej okolicy było oprócz mnie pięciu rzemieślników reperujących maszyny, teraz zostałem ja i jeszcze pan Gietka z naprzeciwka. Ubrania przyjeżdżają z Chin, maszyny do szycia także - nie ma już ani jednej maszyny do szycia, która nie byłaby wyprodukowana w Chinach lub na Tajwanie. Ale z drugiej strony nie narzekam na brak klientów, zmienił się tylko ich profil. Kiedyś ludzie szyli zawodowo. Maszyny domowe pełniły funkcję maszyn chałupniczych - ludzie w ten sposób zarabiali na życie. Teraz szycie chałupnicze się nie opłaca, nikt nie chce pracować za tak nędzne grosze. Młode dziewczyny szyją sobie same ubrania, żeby mieć oryginalne, niepowtarzalne ciuszki, żeby było na czym zawiesić oko.

Następcy nie mam. Mój syn ukochany zrobił doktorat na Politechnice i ani myśli tu do mnie przychodzić.

Czytaj cały tekst

Pracownia abażurów

ul. Grochowska 243/245
opowiada p. Małgorzata Świderska

Do ręcznie wykonanego stelażu o dowolnym kształcie dobieramy materiał. Może być nałożony gładko, ręcznie plisowany lub marszczony w dowolnym stylu i ozdobiony pasmanterią. Taki abażur nadaje wnętrzom niepowtarzalną atmosferę. Robimy też druty do lamp, które mają nietypowe mocowania - tego się w zwykłym sklepie nie dobierze. Wreszcie naprawiamy stelaże i wymieniamy mocowania, żeby nie było potrzeby rozstawać się z ukochanym abażurem.

Pracuję tutaj już ponad 20 lat, ale sam zakład istnieje dłużej. Kiedyś pełno było pracowni abażurów. Jedne szyły ze skóry, inne z pęcherza, jeszcze inne ze sznurka; tutaj zawsze były materiały. Ale już w latach 90., kiedy przejęłam zakład, ręcznie wykonane abażury przestawały być powoli modne. Rynek się otworzył i importerzy zalali nas produktami ze świata. Pojawiło się tyle nowego sprzętu oświetleniowego, że na nas nie było już tak dużego zapotrzebowania.

Nie jest łatwo się z tego utrzymać. Abażur szyje się na wiele lat, to nie ubranie, które kupuje się kilka razy do roku. Klient raz zamówi abażur i nie widzimy się 30 lat albo i więcej. Ratują mnie większe zamówienia na przykład do filmów historycznych – „Bitwy Warszawskiej” Jerzego Hoffmana, „Pianisty” Romana Polańskiego czy ostatnio do serialu „Belle Epoque”. Kiedyś szyłyśmy też dużo dla hoteli, choć teraz projektanci wolą kupować gotowe.

Bardzo lubię tę pracę. Lubię rozmowy z klientami, lubię, kiedy są zadowoleni. Przysyłają potem do nas znajomych i rodzinę. To bardzo miłe - taka satysfakcja, że się zrobiło coś pięknego.

Czytaj cały tekst

Zakład zegarmistrzowski

z ulicy Francuskiej 27
opowiada p. Marek Drzażdżyński

Jestem drugim pokoleniem zegarmistrzów, którzy reperują zegary przy Francuskiej. Zakład założył mój ojciec w 1950 roku. Na początku mieścił się przy ulicy Zamienieckiej.

Pamiętam, że jako mały chłopak przynosiłem tacie z domu gorące obiady. Wtedy każdy chciał mieć nowe rzeczy, także nowe zegary, staroci chętnie się pozbywano. A mój ojciec te zepsute, przedwojenne zegary skupował, zbierał po śmietnikach, upychał, gdzie się dało po piwnicy, bo wierzył, że zegarów się nie wyrzuca, żeby razem z nimi nie stracić czasu, który przeminął. Kiedy się przeprowadziliśmy tutaj, na Francuską, okazało się, że mamy całą kopalnię części zamiennych. Pamiętam na przykład zegary z przestrzelonymi przez żołnierzy radzieckich wahadłami. Wciąż bazuję na zbiorach ojca - zrobione z bardzo dobrych materiałów służą mi do dziś. Bo przecież w większości zegarów, które naprawiam, brakuje części - trzeba je albo dorobić, albo odzyskać z rynku wtórnego.

Od małego miałem do tego smykałkę. W szkole podstawowej przychodziłem do ojca i rozkręcałem mu wszystkie zegarki. Ja rozkręcałem, a on składał, bo złożyć jeszcze nie potrafiłem. Potem poszedłem do szkoły rzemiosł artystycznych i skończyłem klasę zegarmistrzowską – zdobyłem dyplom czeladniczy. Ale wcale nie miałem ochoty tutaj pracować! Wydawało mi się to nudnym zajęciem dla starych ludzi. Zdałem na studia, na mechanikę precyzyjną. Ojciec był bardzo niezadowolony. „Tu jest twoje miejsce!” – mówił. Nie słuchałem go i znalazłem sobie pracę w Polskim Związku Motorowym. Ale kiedy się ożeniłem i musiałem zacząć zarabiać na rodzinę, wróciłem skruszony do ojca. Bardzo się cieszył, że wracam do zawodu, zwłaszcza że sam wchodził już powoli wiek emerytalny i nie był w stanie sam wszystkiego zrobić. Pracowaliśmy więc we dwóch. Uczył mnie bez pobłażania, wiele wymagał, choć dawał też dużo samodzielności.

Teraz to ja pracuję ze swoim synem. Na szczęście się sprawdza. Ma dobrą manualność i świetną pamięć. Pamięć jest tu bardzo ważna, żeby dobrze z powrotem złożyć zegar, trzeba pamiętać wszystkie elementy. Dzisiaj nie ma już szkół, zawodu można nauczyć się tylko od mistrza, jak w dawnych czasach. Tutaj trzeba być po trosze i historykiem sztuki, i ślusarzem, i stolarzem, i nawet stomatologiem, bo zęby też wstawiamy, jak ich brakuje. Trzeba mieć w sobie spokój. Emocje i pośpiech są niewskazane. Na zewnątrz może panować burza, ale tutaj trzeba się zatrzymać.

Najbardziej lubię ostatni etap pracy. Ludzie przynoszą nam często zegarki w opłakanym stanie. Brud, kurz, tłuszcz, rdza – prawdziwy śmietnik. Na początku wszystko trzeba wyczyścić – wytrawiamy, polerujemy, składamy, oliwimy. A potem jest ten najpiękniejszy moment, kiedy zegar znowu zaczyna żyć. Chodzi, bije i jeszcze nas przeżyje!

Syn też się zdecydował na te pracę w momencie, kiedy przyszło mu utrzymywać rodzinę. To dobry zawód, o ile firma ma markę. Zawód unikatowy. Jest nas mało, coraz mniej tych, którzy naprawiają stare, mechaniczne zegary, w przeciwieństwie do zegarmistrzów, którzy są wymieniaczami baterii – taką firmę każdy może sobie otworzyć. Ja jestem mistrzem rzemiosł artystycznych w zawodzie zegarmistrz, z nadania Ministra Kultury i Sztuki.

Dawniej ludzie mieli szacunek do zegarków - pierwszy dostawało się na komunię, drugi kupowało za pierwszą pensję. Dzisiaj zegarki są wszędzie, w komórce, w komputerze, w kuchence mikrofalowej, ludzie nie przywiązują do nich wielkiej wagi. Kiedy się psują, wyrzucają je na śmietnik. Żyją w pędzie, ciągle zabiegani. Czas przyśpieszył.

Jednak są i tacy, którzy - mimo zabiegania - wracają do starych, pamiątkowych zegarów dobrej marki.

Czytaj cały tekst
Powrót do listy

Budimex Nieruchomości Sp. z o.o. poważnie podchodzi do ochrony danych osobowych. Spółka wdrożyła odpowiednie zabezpieczenia, procedury i rozwiązania, które mają za zadanie zapewnić bezpieczeństwo danych osobowych i zgodność w wymogami RODO. Dane osobowe przetwarzane są na podstawie dobrowolnej zgody lub dla realizacji umowy lub w wykonaniu obowiązków prawnych. Realizujemy również marketing własnych produktów i usług Budimex Nieruchomości Sp. z o.o. Przysługuje Państwu prawo do żądania dostępu do Państwa danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia zakresu przetwarzania lub przeniesienia. W razie pytań dot. ochrony danych osobowych zapraszamy do kontaktu iod.bxn@budimex.pl